Czy prezesi to idioci?

Bankrutują firmy wykonawstwa infrastrukturalnego, inne walczą w trybie upadłości układowej o przetrwanie. Zrywane są kontrakty na budowę dróg, a niedługo pewnie to czeka inwestycje kolejowe. Powiększa się rzesza bezrobotnych budowlańców, a szacunki mówią, iż osiągnąć może nawet 150 tys. pracowników.

To rodzi także komplikacje dla Państwa, gdyż zamiast zbierać z podatków i składek musi wypłacać zasiłki, a w miejsce zerwanych umów musi ogłaszać nowe przetargi, uzyskując nowe odcinki dróg z wielomiesięcznym, a czasami nawet z wieloletnim opóźnieniem. Czy wyciągane są tej sytuacji należyte wnioski? Moim zdaniem nie!

Państwo ma jedną odpowiedź na te problemy: widziały gały co brały. Winni są prezesi firm budowlanych, którzy w ofertach przetargowych złożyli ceny nie uwzględniające ryzyk zwyżki cen materiałów, transportu, energii etc. W większości firm są to prezesi, którzy kierują nimi od wielu lat, a problemy zaczęły się na przełomie 2008/2009 r. Czy nagle prezesi tak zidiocieli, że postanowili posłać swoje przedsiębiorstwa na stracenie? Analizy pokazują, że działy ryzyk w 60% przypadków sygnalizowały zagrożenia płynące z przystąpienia do danego kontraktu, a w 30% umowy z chwilą podpisania miały zerową, bądź ujemną marżę. Dlaczego więc firmy w to poszły? Bo nie miały innego wyboru, niż zagrać do takiej melodii, jaką puściło im Państwo. A Państwo błogosławiło niską cenę i szerokie otwarcie rynku, także na firmy z zagranicy, w tym takie, które nigdy autostrad nie budowały. Wybór był więc taki: obrazić się na rynek i już kilka lat temu zacząć zwijać swój potencjał, albo wejść do gry, zdobyć środki na pokrycie kosztów stałych i wynająć armię prawników walczących o roszczenia względem inwestorów.

W expose Premiera padały liczby, zapowiedzi konkretnych przetargów i choć nie było w tym specjalnego zaskoczenia, to jednak zabrakło rachunku sumienia nad systemem zamówień publicznych w Polsce. Obecna ustawa właściwie powinna trafić do kosza. Nikt nie przekonuje, że cena ma nie być podstawowym kryterium w przetargach na roboty budowlane. Owszem, ważne są także terminy budowy, długość gwarancji czy technologia (rzadko dyskutowana), ale na samym początku powinna być dokonana preselekcja firm i rzetelne zbadanie ich potencjału, który mogą zaangażować w budowę i który jest ich własnym potencjałem, a nie obiecanym. Z drugiej strony, obecne na naszym rynku przedsiębiorstwa nie mogą mieć po cichu nadziei, że przepisy zostaną tak skonstruowane, że w Polsce zostanie dopuszczonych do budów 5-6 dużych podmiotów, które zaczną dyktować ceny. Potrzebne jest znalezienie złotego środka w rozmowie rynku z decydentami. Na chęć takiej rozmowy nic na razie nie wskazuje, zostanie więc po staremu, czyli źle.
Trwa ładowanie komentarzy...