Nie jest to jednak problem jednej osoby, ale problem fatalnego systemu, który funkcjonuje od lat. Od lat bowiem istnieje symbioza pomiędzy byłymi kolejarzami, obecnymi oraz działaczami związkowymi w obrębie spółek zajmujących się sprzątaniem pociągów. Dodać do tego należy przetargi rozstrzygane na te usługi wg kryterium najniższej ceny. Nic dziwnego, że wagony „sprzątane” są później w 10 minut brudną szmatą, bez odkurzacza i najtańszymi środkami czystości, a często nawet jedynie zwykłą wodą. W końcu trzeba przecież wyjść finansowo na swoje. A że wagon brudny? Koledze, który nie powinien takiego wagonu dopuścić do ruchu, stawia się przysłowiową flaszkę wódki lub obiad i po problemie. Często zresztą wystarczy błagalne: „ Heniu, no nie rób mi tego. Puść wagon!”.
Kiedy odniósł się do problemu minister transportu oraz szef Grupy PKP, słychać było chichy, że zajmują się pierdołami. To jednak problem, który poważnie rzutuje od lat na wizerunek polskiej kolei i z którym od lat nie potrafimy sobie dać rady. Trzeba więc w tej chwili gruntownej kontroli tego segmentu usług. Rozbić należy rodzinno – towarzyskie koterie, które opanowały usługi kolejowe. Tylko stanowczość i brak dalszego pobłażania wraz ze zmianami w systemie zamówień publicznych może rozpocząć naprawę sytuacji.
Na koniec, żeby nie tylko kolejarzom się oberwało, pamiętajmy, że i sami pasażerowie nie są bez winy w temacie zachowania czystości podczas jazdy pociągu.
