W oczekiwaniu na kolejowy Armagedon

Rok temu kilka stacji telewizyjnych poprosiło mnie, żebym przyjechał na Dworzec Centralny komentować na żywo wejście w życie nowego kolejowego rozkładu jazdy. Kiedy podjeżdżałem na miejsce moim oczom ukazał się widok kilkunastu telewizyjnych wozów satelitarnych i dziennikarzy wypatrujących kataklizmu na torach. Tymczasem wiało nudą. Nie powtórzyły się dantejskie sceny z 2010 roku, kiedy to chcąc zdobyć miejsce w wagonie ludzie wchodzili do niego przez okna, zapowiadano odjazdy pociągów z nieistniejących peronów, a rozkład roił się od błędów. Powtórki z rozrywki nie było. Nie powinno być i w tym roku, ale...

Rozkład jazdy zmienia się w Europie tego samego dnia. Różnica jest taka, że tam zmienia się kilka pozycji, a w Polsce zmienia się niemal wszystko i to tylko na chwilę. W lutym czeka nas kolejna zmiana. Odpowiadają za to prace na torach (możliwe jest jednak zmniejszenie ich wpływ na ruch pociągów) oraz niestabilność finansowa dotykająca przede wszystkim połączeń regionalnych. I to właśnie w tym segmencie będzie najwięcej przykrych niespodzianek i znaków zapytania.

Startują Koleje Śląskie, a ponieważ zrodziły się z konfliktu Marszałka Województwa Śląskiego z zarządem Przewozów Regionalnych, mam obawy czy poród nastąpi bez komplikacji, bo choć mieszkańcy otrzymają więcej pociągów to cały czas występuje problem z odpowiednią do tych obietnic ilością taboru. Na kilkunastodniowy ratunek spieszy więc 50 wagonów od spółki PKP Intercity. Ciekawe ile w sumie trzeba będzie zapłacić za tabor, pospiesznie nabywany i dzierżawiony po dużo wyższych niż rynkowe stawki?

Prawdziwa rzeź połączeń regionalnych to Małopolska, gdzie na tory wyjedzie 20 proc. pociągów mniej. Podobnie będzie na Pomorzu. Na Podlasiu na niektórych relacjach zostanie jedna para pociągów na dobę, a więc kompletny bezsens, bo taka oferta to żadna oferta i tylko czekać całkowitego wstrzymania ruchu. W zachodniopomorskiem ograniczone będą kursy weekendowe, żeby nie ciąć połączeń w dni robocze. Marszałkowie nie mają pieniędzy na wyższe rachunki wystawiane przez Przewozy Regionalne. Te zaś tłumaczą się wyższymi opłatami za dostęp do torów i energię trakcyjną. To prawda, ale równocześnie firma nie szuka oszczędności po swojej stronie.

Intercity też musi płacić więcej, ale nie zamierza ani podnosić w związku z tym cen biletów, ani redukować połączeń. To bowiem droga donikąd. Zwijanie rynku. Przybędzie więc 10 pociągów. Sprawnych wagonów jest 1625. Do realizacji rozkładu potrzeba 1300. Jest zatem rezerwa na świąteczne zwiększenie zapotrzebowania na kolej. Jeśli więc gdzieś zdarzą się braki miejsc, to będzie to albo wynik niekompetencji pracowników, albo brak możliwości zwiększenia długości składu z przyczyn technicznych, niezależnych od firmy. Warto sprawdzać na stronie przewoźnika zajętość miejsc w konkretnych dniach i godzinach.

Oczywiście warto chuchać na zimne żeby nie ścisnęły nas mrozy, bo wtedy spora część pociągów staruszków odmówi posłuszeństwa. Zwłaszcza tych w ruchu regionalnym.
Trwa ładowanie komentarzy...