Fotoradary tak, ale…

To teraz jeden z najgorętszych tematów. Według wielu żyjemy w opresyjnym Państwie Tuska. Jak bardzo opresyjne muszą być Włochy (5636 fotoradarów), Niemcy (3580) czy Francja, na której się wzorowaliśmy, budując system automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym, gdzie na drogach stoi 2305 masztów, a patroluje je 930 samochodów z wideo rejestratorami. W efekcie, zredukowano pomiędzy 2001 a 2009 rokiem liczbę ofiar śmiertelnych z 8160 do 4273. To, że u nas zabija przede wszystkim nadmierna prędkość wynika ze wszystkich statystyk policyjnych i nie ma co z tym dyskutować. Bezsporne jest także to, że poprawie bezpieczeństwa służą różne działania, nie tylko fotoradary.

Czy fotoradar to aż taki straszny diabeł? Jeżeli stoi w miejscu, gdzie dochodzi do wypadków, są zabici i ranni – absolutnie nie! Równie dobrze można by tam kierować patrole policyjne z ponad 2 tys. „suszarek”, bo jakoś nie ma masowych protestów przeciwko 5,5 mln kontroli policyjnych na drogach i wystawieniu 1,3 mln mandatów za kwotę ok. 600 mln zł. Pytanie jak najbardziej zasadne: czy fotoradary stoją zawsze we właściwym miejscu? Sam mijam codziennie jedną z takich bezsensownych lokalizacji, dlatego zapowiedziany audyt umieszczenia urządzeń jest słuszny.

Razi z pewnością kwota 1,5 mld zł. z mandatów zapisana w ustawie budżetowej. Być może kierowcy lepiej by ją znieśli, gdyby w całości była kierowana na remonty dróg i działania służące poprawie bezpieczeństwa uczestników ruchu drogowego? Podobną samowolkę w przeznaczaniu pieniędzy Sejm ukrócił w odniesieniu do fotoradarów gminnych.

Stawiane jest pytanie, ile w tym wszystkim troski o obywateli, a ile chęci szybkiego zysku i zaspokajania potrzeb budżetowych? Byłem kilka lat przy tworzeniu prawa w tym obszarze i przy dyskusji. Jestem zatem przekonany, że większości chodzi o to pierwsze. Uważałem i uważam jednak, że ani gminy, ani Inspekcja Transportu Drogowego nie powinny zajmować się fotoradarami. Kilka pomysłów ITD uważam za chybione i świadczące niestety o fiskalnym podejściu do problemu bezpieczeństwa.

Pierwszy, to koncepcja zmian w prawie, które zakładają, iż każdy przyłapany na zbyt szybkiej jeździe, kto opłaci mandat w ciągu 21 dni, dostanie od Państwa 20 proc. rabat i nie zarobi punktów karnych. W Polsce kierowcy mniej boją się uszczuplenia portfela niż uzbierania kompletu punktów i powtórnego egzaminu, który w części praktycznej zdawany jest za pierwszym razem tylko przez 1/3 egzaminowanych. Tak więc, to punktami należy straszyć drogowych szaleńców. Minister transportu określił ich mianem „drogowych morderców”. Jeżeli Państwo zamierza z nimi prowadzić teraz handel, to jest to skandaliczne. Z mordercami się nie handluje!

Drugi, to 29 samochodów ITD nagrywających wykroczenia. Samochody policyjne po zdobyciu materiału wideo zatrzymują kierowcę i informują o nałożeniu mandatu. Zwykle następuje po tym fakcie uspokojenie jazdy. Samochody ITD nie zatrzymają żadnego rajdowca, bo nie chcą tracić czasu, podczas którego utraciliby potencjalny zarobek na innych przekraczających prędkość.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...