W 1999 r. popełniono błąd sprzedając ponad 25 proc. akcji Swissairowi (łącznie z objęciem nowej emisji posiadał 37,6 proc.), co do którego kondycji finansowej pojawiały się już istotne wątpliwości. 3 lata temu zlekceważono zainteresowanie kupnem ze strony British Airways.
Dzisiaj, biorąc pod uwagę kondycję firmy, trzeba wziąć pod uwagę, że na prywatyzacji budżet Państwa prawdopodobnie nic nie zarobi. Sprzedać tak naprawdę należy markę, bo tylko tyle można uratować. Oznacza to rzecz jasna piekło politycznej awantury w Parlamencie, gdzie opozycja rzucać będzie oskarżeniami o wyprzedaży rodowych sreber. Kiedy LOT był w lepszej kondycji, mówiono że nie sprzedaje się radzących sobie w miarę na rynku przedsiębiorstw.
Nikt nie brał po uwagę tego, że wypełnienie samolotu nie jest równoznaczne z odnotowaniem zysków na danym połączeniu. Nikt nie zauważał, po jak cienkim lodzie stąpa od lat branża lotnicza, gdzie ceny paliwa, groźby zamachów bądź kondycja gospodarek od razu wpływają na finanse linii, często prowadząc do bankructw znanych marek. Gdy LOT jest wciąż na skraju bankructwa, także nie można go sprzedać, bo będzie to okradanie Narodu. Pozostaje więc trzecia droga: niespodziewana upadłość, bo na wieczne dokładania do firmy ani nas nie stać, ani nie przemawia za tym logika i rozsądek.
